Ostatnie trzy dni minęły mi zaskakująco szybko, a w ciągu nich zdarzyło się dość dużo.
Piątek - akademia
Od rana próby, później wizyta u fryzjerki, coby nasze fryzury utrzymały się do wieczora i były odpowiednie do naszych strojów i charakterów odgrywanych przez nas postaci. Trochę czasu w domu i znów do szkoły. Przebrania, kolejne próby, witanie gości. Przedstawienie. Mniemam, że wyszło nam naprawdę świetnie - w każdym razie, ludzie, z którymi rozmawiałam, wydali się naprawdę zachwyceni. Skrzypce jak skrzypce, zdarzyło mi się kilka słyszalnych wpadek, ale zważając na fakt, że nie grałam od co najmniej dwóch miesięcy, a nuty dostałam w czwartek, wyszło mi naprawdę dobrze. ;)
Wróciłam do domu ok. 18:30, ale czułam się, jakby było przed północą. Mimo to nie poszłam od razu spać, bo przecież trzeba sprawdzić, co słychać w świecie, nadrobić zaległości internetowe i załatwić sobie zdjęcia z przedstawienia. Ostatecznie, wieczór pamiętam jak przez mgłę.
Sobota - odrabianie
Przysięgam, odrabianie w szkole to najgorsze, co może być. Szczególnie, jeśli w szkole tak naprawdę nic się nie dzieje, prawie nikogo nie ma, a przez x czasu nie spało się wystarczająco dużo. Właśnie to było najgorsze - nie miałam kiedy odespać, odpocząć po tym maratonie. Na rozszerzeniu z polskiego nie wiem, kto był bardziej wykończony - ja czy polonistka, która zajmowała się przygotowywaniem akademii. Po powrocie do domu od razu się położyłam, inaczej nie wytrzymałabym siedzenia z gośćmi tyle czasu. Tak, dziadkowie w końcu zrobili parapetowe. I znów - ja wykończona, kuzynka wykończona półmetkiem, a spać się nie pójdzie, bo przecież nie wiadomo, kiedy pojadą. Jak się już w środku nocy zebrali, tak przemęczenie wyszło ze mnie w postaci łez. Normalna reakcja w moim przypadku, którą tylko wzmagają denerwujące teksty taty typu: "Sama się do wszystkiego zgłaszasz, a potem narzekasz". Czy tak trudno zrozumieć, że potrzebuję tylko odreagować? Trudno mi było zasnąć.
Niedziela - Święto Niepodległości
Tak, Święto Niepodległości, a nawet na mszy nie byłam. Nie czuję się z tym dobrze, ale po prostu nie byłam w stanie wstać przed 12. Tak więc pierwsze 4 msze przepadły - w tym jedna, na której powinnam śpiewać razem z chórem. Kolejna za to była, gdy uczyłam się z przyjaciółką chemii. No ale trzeba kiedyś nadrobić zaległości i zacząć się uczyć na sprawdziany.
Grałam na skrzypcach - tak jak i dzień wcześniej. Czuję, że dopiero teraz do tego dorosłam, ale nie sądzę, żebym była w stanie poprawić swoje umiejętności. W końcu musiałabym się za to naprawdę zabrać, a na to raczej nie mam czasu. Ech, trudno.
Mama i dzieciaki wrócili z Milówki zadowoleni. Fajnie, że dobrze się bawili. :)
Cóż, maraton się skończył i weekend też dobiega końca. Pora wrócić do normalności! :)
0 komentarze :
Prześlij komentarz